Gdynia w filmach dokumentalnych, oświatowych i promocyjnych po II wojnie światowej
Po II wojnie światowej, tak jak w II RP, Gdynia nadal pozostaje w kręgu zainteresowania filmowców-dokumentalistów, przy czym dużo częściej w okresie PRL niż III RP. W Polsce Ludowej filmy o Gdyni powstawały głównie w Wytwórni Filmów Dokumentalnych, Wytwórni Filmów Oświatowych oraz TVP. Zdecydowanie dominuje, co nie jest zaskoczeniem, tematyka związana z morzem: portu handlowego, rybackiego (w tym Dalmoru), pasażerskiego i – w najmniejszym stopniu – wojennego (filmy o Marynarce Wojennej [MW] realizowane były „do wewnątrz”, przez takie instytucje jak Wytwórnia Filmowa Czołówka, specjalizująca się w produkcji filmów dla wojska; powstawały też specjalne kroniki, takie jak Peryskop, produkowany przez Zarząd Polityczny Marynarki Wojennej czy Na kursie tworzony przez Zespół Filmowy MW). Najczęściej dokumenty nie wykraczały poza rzemiosło i utrzymane były w formule ekranowego wykładu – komentarza czytanego przez lektora i ilustrujących go zdjęć. Rzadko filmy te miały większe artystyczne ambicje (choć kilka takich powstało).
W PRL pojawiły się także nieliczne dokumenty prezentujące tragiczne wydarzenia Grudnia 70. Więcej powstało ich po 1989 r., tematycznie zdominowały produkcję dokumentalną dotyczącą Gdyni w III RP. Oprócz tego pojawiały się nieliczne filmy dokumentalne dotyczące historii Gdyni (w tym tematu wojny 1939 r.), postaci z Gdynią związanych, ale także współczesnego wizerunku miasta. I, co może dziwić, nie powstały dokumenty o Gdyni filmowej, wbrew popularnemu hasło „Gdynia kocha film, film kocha Gdynię” (nie licząc prezentowanych na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych kronik festiwalowych).
-
Kadr z filmu Polskie porty rybackie otwartego morza
-
Kadr z filmu Tak w każdym porcie…
Gdynia morska po wojnie
Po II wojnie światowej Gdynia w filmie niefikcjonalnym reprezentowana była stosunkowo często (proporcjonalnie częściej, niż w filmie fikcjonalnym). Przy czym jedną grupę stanowiły filmy skoncentrowane wyłącznie na niej, inną – te, które prezentowały ją jako element większej całości.
Najwcześniej Gdynią tuż powojenną zainteresowała się – co zrozumiałe – Polska Kronika Filmowa [PKF], istniejąca już od grudnia 1944 r. i reagująca na bieżąco na wydarzenia i zjawiska (oczywiście poddana cenzurze państwowej). Ale i w filmie dokumentalnym/oświatowym pojawiła się jako bohater szybko, bo już w 1946 r. w obrazie zatytułowanym Polskie porty rybackie otwartego morza Aleksandra Świdwińskiego (zasłużonego w tym pierwszym okresie dla ekranowej marynistyki). Jest coś optymistycznego w tym obrazie, Gdynia w swoim pierwszym autonomicznym dokumencie jest pokazywana jako przestrzeń rozwoju, pracy i przychodu (inaczej niż w PKF, w którym podkreślano ogrom portowych zniszczeń). Jest ona jednym z portów rybackich (prezentowanych niejako „z prawa do lewa” - od Gdyni do Świnoujścia), ale tym najważniejszym, zaczyna bowiem film i kończy. Na początku widz dowiaduje się, że jest miejscem remontu i wytwarzania łodzi rybackich, następnie oglądamy partię wyjaśniającą jak wygląda połów ryb z użyciem gdyńskiego kutra. Aż trzy i pół minuty kończące film (całkowity czas trwania to 13 i pół minuty) poświęcono Gdyni, bowiem – jak mówi lektor - „pod względem ilości jednostek rybackich, obfitości połowów i rozbudowy urządzeń przoduje jednak na naszym wybrzeżu zarówno rybołówstwa przybrzeżnego, jak i dalekomorskiego”. I obraz pokazuje, dlaczego: liczne, ładnie fotografowane łodzie rybackie i kutry, wyładowywanie obfitego połowu (w tym ujęcie, w którym ryby ładowane są przez kobiety bezpośrednio na pakę ciężarówki), a zwłaszcza nowoczesna chłodnia rybacka z fabryką sztucznego lodu (lektor w tonie postulatywnym mówi, że sprawę dystrybucji ryb rozwiążą wagony lodowe – jeden widzimy, ale można się domyślać, że jest ich za mało). I na koniec – duże, nowiuśkie ciężarówki z napisem Centrala rybna. Film pozbawiony jest ideologicznych naleciałości, duma z polskiego przemysłu rybackiego jest prawdziwie patriotyczna (A. Świdwiński, urodzony w 1885 r., pracował jeszcze jako realizator dźwięku przy kilku przedwojennych filmach). To taki pomost między II RP a Polską Ludową.
Podobnie jest w filmie z 1947 r. pt. Tak w każdym porcie (autorstwa Kazimierza Czyńskiego, rozpoczynającego swoją nie nazbyt bogatą karierę filmową jeszcze w 1926 r. filmem o żywocie św. Stanisława Kostki, a potem realizującego adaptację Wiatru od morza). Oglądamy historię przypłynięcia i odprawy celnej statku handlowego zawijającego do portu w Gdyni (lektor mówi o 18 polskich portach na Bałtyku) w popularyzującej formule, którą dziś reprezentują programy z cyklu Jak to jest zrobione (to zresztą sugeruje także tytuł). Statek, który wpłynął należy do Gdynia-Ameryka Linie Żeglugowe. W 1947 r. działalność tej powstałej w 1930 r. firmy była jeszcze możliwa (zostanie zlikwidowana w 1950 r.). Widzimy więc m.in. pracę maklera reprezentującego GAL, pracę żołnierza WOP i celnika. Ten film to kolejny intrygujący pomost pomiędzy Gdynią przedwojenną, wojenną i powojenną, nie tylko ze względu na autora, ale także językowe naleciałości, takie jak „makler” czy „foreman” (zamiast brygadzisty), który wyznacza zadania dokerom. W porcie widzimy jeszcze statek Wilno, zanim jego nazwa zostanie zmieniona na Wieluń. Wyjście z portu blokuje jeszcze nie wydobyty wrak pancernika Gneisenau, oglądamy wysadzony falochron, w oddali budynek Torpedowni (w ładnej jeździe kamery po porcie z poziomu kutra), a wcześniej drewnianą jeszcze wieżę obserwacyjną w kapitanacie portu oraz – jak głosi nazwa - Biuro Angażowania Załóg Wydziału Żeglugi Głównego Urzędu Morskiego. Tylko statek, który ma ilustrować cały cykl wejścia i wyjścia do/z portu „złożony” jest z trzech różnych: John Sullivan, Toruń, Hel.
W tym samym 1947 r. Eugeniusz Jaryczewski realizuje film pt. Nasze porty o odbudowie tytułowych – w tym oczywiście także Gdyni. Pochyla się także nad rybołówstwem (Rybactwo morskie, 1947 r.), podobnie jak A. Świdwiński większość czasu poświęcając portowi w Gdyni. Jak pisał o innym z kolei filmie J. Tomski – „Ciekawą próbą urozmaicenia filmu o charakterze reportażowym fragmentami fabularnymi, czerpanymi z osobistego życia przesuwających się na taśmie ludzi, stanowi »Stocznie pracują«, przedstawiający pracę i osiągnięcia stoczni polskich w Gdańsku, Gdyni i Szczecinie” („Film” 1948 nr 16) –próbowano więc ożywić przekaz przez popularną w tym czasie indywidualizację bohaterów.
W filmie Straż nad Bałtykiem. Dokumenty walki o wyzwolenie i odbudowę (1949 r., reż. Jerzy Bossak) lektor podkreśla stan zniszczeń wojennych portu gdyńskiego i forsownej jego odbudowy, by statki mogły do niego przybijać. Choć mówi o odbudowie portu, to nazwy Gdyni nie wymienia, widz musi się tego domyślać z obrazu, choćby okrętu Gneisenau. Po wpłynięciu pierwszego po wojnie statku do portu (nie wiadomo czy do Gdańska czy do Gdyni) lektor z dumą stwierdza: „Staliśmy się na powrót państwem morskim”. Widać powolne przechodzenie kina dokumentalnego z form oświatowych (jak w filmach A. Świdwińskiego i K. Czyńskiego), do propagandowych, w których konkretne miejsce ma być jedynie ilustracją pewnej tezy.
Po filmie J. Bossaka nastąpiła kilkuletnia przerwa zainteresowania nie tylko Gdynią, ale generalnie morzem. Stalinowskie państwo preferowało inne tematy (z budową Nowej Huty na czele).
-
Kadr z filmu Białe miasto nad zatoką.
-
Kadr z filmu Szkoła Morska (na zdjęciu Antoni Gruszczyński).
-
Kadr z filmu Szkoła Morska (na zdjęciu Konstanty Maciejewicz).
-
Kadr z filmu Szkoła Morska.
-
Kadr z filmu Szkoła Morska.
-
Kadr z filmu Szkoła Morska.
Gdynia morska od połowy lat 50.
Wrak (1954 r.) Stanisława Możdżeńskiego - który w latach 50. był najważniejszym dokumentalistą poruszającym tematykę morską - z Gdynią miałby niewiele do czynienia, gdyby nie fakt, że to właśnie do tego portu w finale filmu zawija wyciągnięty z dna, dawny okręt-baza niemieckich okrętów podwodnych, liczący 170 metrów M/V Seeburg. Wrak to jeden z najlepszych polskich dokumentów marynistycznych. Po pierwsze dlatego, że w wizualnie atrakcyjny sposób pokazuje spektakularną – samą w sobie – akcję wydobywania zatopionego statku; po drugie – akcja ta miała swoją dramaturgię, była pełna porażek, nieudanych prób; po trzecie – autorom udało się tę dramaturgię przenieść do konstrukcji filmu; po czwarte – ze względu na interesującą pozycję lektora-narratora, który mówi w pierwszej osobie liczby mnogiej, niejako będąc częścią załogi. W początkowych partiach filmu wspomina o rezygnacji słynnej duńskiej firmy z wydobycia statku, przekonanej, że wraku z takiej głębokości (47 m) nie da się wydobyć: „Postanowiliśmy sami podjąć się próby ratowania wraka [sic!], pracujemy już drugi rok, każdy z nas - nurków, marynarzy, mechaników - wie jak trudnego podjęliśmy się zadania”; taka formuła narracji sprawia, że widz mocniej angażuje się w prezentowane wydarzenia. W finale filmu narrator oznajmia: „jest 22 lipca 1954 roku, Jastarnia [tak nazwali Seeburga uczestnicy akcji] zawija do Gdyni”. Jak widać, wybrano symboliczny moment na wpłynięcie – w święto Odrodzenia Polski, najważniejsze w PRL i to w 10-lecie manifestu PKWN. Może dlatego niewinna nazwa Jastarnia zmieniona została po remoncie jednostki na Dzierżyński; w tym okresie był to największy polski statek handlowy (warto przypomnieć, że 3 lata później powstanie film fabularny pt. Wraki o podobnej tematyce, z akcją umieszczoną w Gdyni).
Po Możdżeńskim, kolejnym filmowcem, który zasłużył się dla ekranowej Gdyni (nie tylko zresztą tego miasta, ale całego Pomorza) był Marian Ussorowski, pracujący dla Wytwórni Filmów Oświatowych. Niektóre z jego obrazów są najwyższej klasy rzemiosłem artystycznym (bo słowo „sztuka” - w odniesieniu do dokumentów oświatowych – nie wydaje się adekwatne). Zwłaszcza dwa z tych filmów – Szkoła morska i Białe miasto nad Zatoką – zasługują na szczególną uwagę. Wcześniej M. Ussorowski zrealizował przekrojowy film pt. Nad Zatoką Gdańską (1959 r.), w którego treści odniósł się także do Gdyni, wspominając pokrótce jej historię i informując o dzisiejszym jej potencjale gospodarczym. Film Szkoła morska (1960 r.), zgodnie z tytułem, opowiada o Państwowej Szkole Morskiej w Gdyni (dziś Uniwersytet Morski). Zaczyna się od inscenizacji chłopięcej zabawy puszczania na wodę modelu żaglowca. Lektor zaś informuje, że istnieje zawód, „który potrafi bez reszty wypełnić dziecięce marzenia, zawód romantyczny i stary jak ludzkość, a jednocześnie bardzo męski” - to zawód „oficera marynarki handlowej” (choć w obrazie widzimy nadal żaglowiec, tym razem Dar Pomorza, więc aura romantyzmu jest podtrzymana). Oglądający film młodzi ludzie mieli dać się namówić do wstąpienia do Szkoły. M. Ussorowski opowiada o Państwowej Szkole Morskiej w dominującej w dokumencie oświatowym formule filmu inscenizowanego, ale z prawdziwymi bohaterami, z ciekawymi inscenizacjami prezentującymi najnowsze techniki dydaktyczne (symulator sterowania statkiem, symulator fal, sterowane modele na wodzie, radar, basen), z wypowiedzią Antoniego Gruszczyńskiego, pierwszego dyrektora szkoły morskiej, która w latach 20. XX wieku mieściła się jeszcze w Tczewie (do tych czasów film też się cofa). Pojawia się także partia szkolenia na Darze Pomorza (z udziałem Konstantego Maciejewicza, legendarnego kapitana Lwowa, a potem Daru Pomorza) i intrygujący wątek, w którym lektor odpowiada na zarzut (w filmie przez nikogo nie formułowany), że szkolenie marynarzy statków handlowych na żaglowcu nie ma sensu. „Ale gdzie może być lepsza szkoła hartu – pyta retorycznie lektor - szkoła tężyzny, odwagi, szybkiej orientacji, koleżeństwa, szkoła romantyzmu”, pozostając, jak widać, w orbicie chłopięcych marzeń o tym zawodzie (bo jego realia są bez wątpienia bardziej przyziemne). Dla rzetelności opisu trzeba dodać, że kolejne ujęcia pokazują już bardziej uniwersalne ćwiczenia z nawigacji lub ratownictwa (w tym alarm „człowiek za burtą”). Na koniec narracja „przeskakuje” na drobnicowiec M/S Orłowo, na którym uczą się także słuchacze PSM, tyle tylko, że z wydziału mechanicznego.
Białe miasto nad Zatoką (1961 r.) Ussorowskiego to z kolei monografia Gdyni. W związku z tym, w porządku chronologicznym - sięgając do czasu kaszubskiej osady, a kończąc na współczesności – opisywane są losy miasta w aspektach gospodarczych i urbanistycznych, z wykorzystaniem materiałów archiwalnych (zdjęć i filmów), udanych inscenizacji (np. kaszubskiej wioski) oraz estetycznej fotografii. Ale jest w tym filmie także akcent społeczny, generalnie rzadko dotykany w filmach o Gdyni, z czasem nostalgizowanej (choć w ostatnich latach problemy przedwojennego miasta opisywane są w literaturze przedmiotu). Zgodnie z duchem historiografii PRL-u przypomina się, że – niestety – w przedwojennej Gdyni „wiele (...) było ostrych kontrastów. Grabówek przypomina o tym do dziś” - i prezentowane są slumsy tej dzielnicy. A w tym czasie (czyli w latach 30. XX w.) rosły na Kamiennej Górze „wille hurtowników, maklerów, armatorów”. Ten ton ideowy jednak szybko znika ustępując miejsca gawędzie o pięknym mieście, opisującej jego współczesną sytuację w kilku odsłonach: portowej, urbanistycznej i turystycznej.
Marian Ussorowski zrealizował jeszcze w realiach portu gdyńskiego filmy specjalistyczne: Mechanizacja transportu w portach (1959 r.) oraz Polski ratownictwo okrętowe (1963 r.). A wcześniej, na zlecenie Ministerstwa Żeglugi filmy instruktażowe Alarm pożarowy na statku oraz Alarm opuszczania statku (oba z 1957 r.), z wykorzystaniem załogi statków Gen. Bem., Gen. Walter i Oksywie.
W Historia jednego przeładunku (1955 r., reż Jerzy Jaraczewski), który jest reportażem o pracy dokerów w Gdyni, ta ostatnia (a właściwie port), choć sfilmowana poprawnie, nie jest najważniejsza. To film w założeniu podobny do Tak w każdym porcie, ma być poglądową lekcją poszczególnych etapów pracy wybranej profesji. Jak pisał sprawozdawca „autorzy nie dali się (...) uwieść dramatycznością tematu (opóźniony przez sztorm statek Kiliński trzeba szybko wyładować, na nowo załadować i wyprawić w nowy rejs) i nie rozbudowali go ponad miarę. Zdali rzeczowe, interesujące w każdym ujęciu sprawozdanie filmowe, które skromnie i sumienie powiedziało nam wiele o rzeczach, ludziach i czynach ważnych dla naszej gospodarki” (Film 1955/29).
W Uwaga Dalmory (1956 r., reż Sergiusz Sprudin) oglądamy wypłynięcie trawlerów gdyńskiego przedsiębiorstwa Dalmor z portu w rejs dalekomorski. Z kolei Gdynia jest docelowym portem statku rybackiego s/s Fryderyk Chopin w filmie Na łowiskach północy (1956 r.) w reż. S. Możdżeńskiego. Ten sam, niezwykle płodny twórca zrealizował w 1956 r. jeszcze dwa filmy, w których Gdynia prezentowana jest bądź jako port (Pierwszy rejs - reportaż z rejsu statku szkolnego Jan Turlejski na Morze Północne), bądź stocznia (Wodujemy nowe statki).
Filmowcy – zarówno z Wytwórni Filmów Dokumentalnych i Wytwórni Filmów Oświatowych – rozsmakowali się w tym czasie dalekomorskimi rejsami i jak tylko mogli wsiadali na statki wypływające z Gdyni. Roman Wionczek wybrał M/S Batorego (Kierunek Wenezuela, 1958 r.), a Radosław Sobecki statek Szkoły Rybołówstwa Dalekomorskiego Jan Widacki, by popłynąć wraz z słuchaczami z Gdyni do Norwegii (Ich pierwszy rejs, 1958 r.).
Obrazy Gdyni znalazły się w także w tym czasie w tematycznych syntezach: Nad Nysą, Odrą i Bałtykiem (1958 r. reż. Wacław Kaźmierczak), filmie montażowym stworzonym ze znanych już fragmentów kronik filmowych realizowanych od 1945 r. (pojawiają się więc zdjęcia zniszczonego portu gdyńskiego) oraz w filmie Stocznia (1960 r., reż. R. Sobecki), który opowiadał historię polskiego przemysłu stoczniowego (są więc w nim informacje na temat przedwojennej produkcji statków rybackich i Stoczni im. Komuny Paryskiej).
Dwa filmy zrealizował też Sergiusz Sprudin. Jeden, zatytułowany po prostu Gdynia (1971 r.) dotyczył historii budowy portu i miasta (w znanej już formule łączenia zdjęć – nieruchomych i ruchomych – z wykładem lektora) oraz Gdynia 72 (1972 r.) - o dniu dzisiejszym miasta.
Dodajmy do wymienionych filmów jeszcze 2 poświęcone radiostacji morskiej w Gdyni (Gdynia-Radio Romana Wionczka z 1963 r., Gdynia-Radio Janusza Cielszaka z 1984 r.), przekrojowe Polskie wybrzeże Bałtyku (1984, reż. Zdzisław Sowiński), z Gdynią, jako jednym z portów oraz Polskę na Bałtykiem (1986 r., reż. Andrzej Androchowicz – w tym filmie jest mowa o rozbudowywanym Bałtyckim Terminalu Kontenerowym i pokazywany jest w jednej ze scen efektowny załadunek Polonezów i Fiatów 126p sprzedanych do Chińskiej Republiki Ludowej).
-
Kadr z filmu Po prostu kapitan (na zdjęciu po lewej - Stanisław Szczepara).
-
Kadr z filmu Polski na morzu dzień dzisiejszy.
-
Kadr z filmu Polskie porty morskie.
-
Kadr z filmu Port Gdynia.
-
Kadr z filmu Stocznia w Gdyni.
Gdynia morska Jana Riessera
Prawdziwym rekordzistą w ilości filmów zrealizowanych w Gdyni był niewątpliwie Jan Riesser. To autor co najmniej 19 filmów odnoszących się do niej, wszystkie zrealizował w Wytwórni Filmów Oświatowych. Przy czym trzeba zastrzec, że niemal wszystkie (poza dwoma) ograniczają się do Gdyni gospodarczej, jako stoczni i portu. Choć tytuł Stocznia w Gdyni (1964 r.) obiecuje jakieś syntetyczne ujęcie tematu, to ten trwający niewiele ponad 8 minut film ogranicza się do trasowania (cięcia) blach oraz ich spawania; w końcowej partii (w dużym czasowym skrócie) widzimy efekt – „goły” jeszcze kadłub statku na wodzie. J. Riesser wybrał najbardziej widowiskowy etap w produkcji statku - pracę automatycznej maszyny, która nowoczesną naówczas techniką trasowania optycznego wycina elementy poszycia statku. Jak mówi lektor „nagie surowe blachy jak czyste karty, które trzeba dopiero zapisać” - i maszyna „pisze” poszczególne fragmenty. Nowoczesność oraz geometria blach i ścian dają przyjemne wrażenie wizualne, niemal jak w fotografii konstruktywistycznej. Ogrom hali prefabrykacji ma wyrazić porównanie: zmieściłoby się w niej „sto gmachów gdańskiego Ratusza Staromiejskiego”; porównanie to - choć imponujące – mogło zmylić tych widzów, którzy nie znali gdańskich zabytków i gotowi byli wyobrazić sobie sto ratuszy przy Długim Targu (!), a nie jego dużo mniejszego odpowiednika przy ulicy Korzennej.
Jeszcze lepsze wrażenie estetyczne sprawia film Suchy dok (1964 r.), opis tego obiektu w Stoczni im. Komuny Paryskiej. Jego siła bierze się przede wszystkim z bardzo dobrej, już nie jedynie użytkowej, ale artystycznej fotografii, jednocześnie nie przytłoczonej wypowiedziami lektora (dodajmy, że za zdjęcia odpowiadał Witold Mickiewicz, operator jednego z najbardziej znanych polskich debiutów kina fabularnego – filmu Rysopis Jerzego Skolimowskiego). Nie dziwi więc, że film otrzymał aż 3 wyróżnienia, w tym Złotą Fregatę na festiwalu w Świnoujściu.
W obu filmach widać dbałość o stronę wizualną obrazów. Później J. Riesser z W. Mickiewiczem kilka razy będą wracać do tematu stoczni, ale już w sposób bardziej użytkowy, promocyjny: Stocznia buduje CEKOP (1968 r. - film reklamujący prace Centrali Eksportu Kompletnych Obiektów Przemysłowych – CEKOP), Stocznia im Komuny Paryskiej zaprasza (1974 r.), czy Polskie stocznie remontowe (1977 r. - „film informacyjno-reklamowy. Ukazuje wyposażenie i zakres usług świadczonych przez polskie stocznie remontowe – Gdańską, Gdyńską i Szczecińską oraz znajdującą się w rozbudowie Morską Stocznię Remontową w Świnoujściu” (www.filmpolski.pl).
Ponadto zrealizował jeszcze dwa poprawne dokumenty okolicznościowe: 50 lat stoczni w Gdyni (1973 r.) – tu uwzględniając jeszcze przedwojenną stocznię rybacką - oraz Tradycje i współczesność stoczni im. Komuny Paryskiej w Gdyni (1982 r.), której lektor nadaje miano „najnowocześniejszej stoczni polskiego przemysłu okrętowego” (prezentując między innymi najnowszy samochodowiec Ro-Ro). To filmy w dużym stopniu oparte o materiały archiwalne, w zachowawczej formule dokumentu-wykładu, organizowanego przez słowa lektora.
Podobnie było – zarówno jeśli chodzi o materiał, jak i narrację – z filmem Polska na morzu 1919 – 1939 (1977 r.), nie ograniczającym się już, co zrozumiałe do Gdyni i do stoczni. Jego kolejny film o suchym doku nie miał już tak estetycznej oprawy, jak pierwszy (Drugi suchy dok Stoczni im. Komuny Paryskiej w Gdyni, 1977 r.).
Drugim dominującym tematem filmów J. Riessera był gdyński port handlowy. Już inicjalny obraz – Port w Gdyni (1968 r.) – choć zrealizowany w tradycyjnej formule „lektorskiego wykładu” ilustrowanego zdjęciami (na początku filmu, gdy mowa o historii portu, czarno-białymi, choć ożywianymi ruchem kamery), zrobiony został z rozmachem, na co wpływ ma duża ilość różnorodnego, dynamicznie sfilmowanego z różnych punktów widzenia i dobrze zmontowanego materiału filmowego, a na dodatek – w kolorze. Dodajmy, że tytuł nie oddaje w pełni treści, bowiem w drugiej części filmu jest mowa także o gdyńskiej stoczni (oraz porcie pasażerskim). W części inicjalnej lektor oddaje hołd ówczesnej historiografii, mówiąc: „50 lat temu naród polski nie uzyskał warunków które sprzyjałyby pełnemu wyzyskaniu jego twórczych możliwości”. Gdynia była jednym z nielicznych śmiałych wyjątków. A potem jest 10 minut informacji i chwalenia się jednocześnie: „34 stałe linie żeglugowe, 9 basenów, więcej niż w innych naszych portach przystosowanych do przyjmowania oceanicznych kolosów, 16 kilometrów nabrzeży, kilkadziesiąt stale goszczących bander, wielki i nowoczesny kombinat gospodarki morskiej. Tym jest dzisiejsza Gdynia (...) Rybacka wioska sprzed pół wieku zrobiła oszałamiającą światową karierę”. A całość puentuje odważnie – Gdynia to „najbogatsze z polskich miast i jedno z najpiękniejszych”. Efektowny styl wizualny filmu na pewno wzmacnia tę tezę.
Niektóre filmy J. Riessera powstawały jako promocyjne – choć realizowane z zapleczem Wytwórni Filmów Oświatowych, to na zlecenie Zarządu Portu Gdynia (lub Zarządu Portowego Gdańsk-Gdynia). Tak było na pewno z filmami: Port Gdynia, Budowa terminalu kontenerowego i Terminal kontenerowy Gdynia (dwa ostatnie z 1981 r.). Port Gdynia (1968 r.), to film wykorzystujący częściowo materiały z opisanego powyżej Portu w Gdyni (łatwo o pomyłkę). Atrakcyjność wizualna (także kolorowych zdjęć) poprzedniego filmu była efektem transakcji wiązanej – realizacji filmu promocyjnego za możliwość wykorzystania go jako tradycyjnego filmu. Port Gdynia dawał rzadką okazję do modyfikacji treści pod kątem oczekiwań mecenasa. Zaczyna się od razu od współczesności i od konkretów ważnych dla armatorów: lektor informuje o łatwej i bezpiecznej komunikacji „statek – ląd”, wskazuje, że każdy rodzaj statku może do niego wpłynąć (w tle odgłosy pracy kapitanatu), podaje – jak w poprzednim filmie – imponujące liczby i statystykę; i informuje, iż „port w Gdyni dba także o załogi...” – i tu oglądamy zdjęcia luksusowych produktów, których nie tylko widz poprzedniego filmu, ale także przeciętny Polak w latach 60. XX w. nie widział na oczy... Dalej lektor informuje, że „na Dworcu Morskim znajdują się biura obsługi podróżnych, hala odpraw i własny urząd pocztowy...”. Pełna nowoczesność.
Jan Riesser w krótkim czasie zrealizował 3 syntezy o tematyce portowej: Praca naszych portów morskich (1975 r.), Polski na morzu dzień dzisiejszy (1976 r.) oraz Polskie porty morskie (1977 r.). Dodajmy, że ponownie słowo port potraktowano szeroko i tytuł odnosi się także do pracy stoczni.
Można by sądzić, że trudno będzie znaleźć pomysł, aby filmy różniły się od siebie (w partii dotyczącej Gdyni). I rzeczywiście tak jest w sferze przekazywanych treści. Choć różnymi słowami i w różnej kolejności, ale w filmach tych lektor informuje o tym, że Gdynia ma najnowocześniejszy port i niemal wszystko zautomatyzowane; że dobrze ulokowana, obsługująca tranzyt do innych krajów socjalistycznych, dominuje zarówno w transporcie „drobnicy”, jak i w transporcie kontenerowym; i że to jedyny polski oceaniczny port pasażerski. W drugim z wymienionych filmów zmieniono konstrukcję problemową i porównawczą zarazem (kolejno odpowiedzi na pytania typu: co produkują stocznie, co się wyładowuje się, itp.), dodano także wątek rybacki: pojawiają się informacje o Morskim Instytucie Rybackim; lektor chwali się nowymi technologiami i nowymi wyrobami („skorupiaki, mięczaki a nawet ośmiornice”), dumny jest z trawlerów za ponad 100 mln złotych; ale wtedy wszystkie to przechwałki rozbija jedno ujęcie mocno zardzewiałego statku – jakby powoli „rdzewiejąca” gospodarka „późnego Gierka” przebijała się spod propagandy sukcesu. W ostatnim z wymienionych filmów narracja wraca do pomysłu prezentowania portów morskich „z lewa do prawa”, od Szczecina-Świnoujścia, przez Gdynię do Gdańska. I znowu, jak w wielu innych filmach Riessera informacyjno-promocyjny komentarz (film zrealizowany na zlecenie Zjednoczenia Portów Morskich) zaznajamia widza z walorami portu (10 km nabrzeży, najgłębszy i najbezpieczniejszy port na Bałtyku, 9,5 metra głębokości, nowoczesny port uniwersalny – drobnica i kontenery – elewatory z przepustowością przeładunku 400 ton na godzinę; wjazd białych Fiatów 125 p. na prom). Jedynym wyróżnikiem w stosunku do pozostałych są postsynchrony efektów dźwiękowych pracy portu – zrealizowane już na etapie montażu; dodane dźwięki przebijają się przez słowa lektora i podniosłą muzykę, co odrobinę zwiększa realizm obrazu i emocjonalne zaangażowanie widza.
Polski na morzu dzień dzisiejszy, dotknął – jak wspominaliśmy – tematyki rybackiej. Tylko tej tematyce poświęcone były dwa filmy J. Riessera. Pierwszy to Przykład Dalmor (1969 r.), w którym – w kolorze – połączono statystykę (ilość pracowników, statków, zaplecze produkcyjne, produkty – wiele w anglojęzycznych kartonach) z entuzjazmem oceny („Gdynia, miasto ludzi, którzy kształtują nasz współczesny wymiar morskich spraw”).
Ciekawszym jest film Po prostu kapitan (1973 r.), portret Stansława Szczepary, kapitana trawlera Kalmar, wybudowanego w Stoczni im. Komuny Paryskiej („stateczek – jak mówi kapitan – kosztował 172 mln”). To dokument z komentarzem z off-u samego bohatera, który informuje widzów, co w jego pracy jest najważniejsze (przekonanie członków załogi, że każda profesja jest ważne, częste schodzenie do załogi na rekonesans, szybka reakcja na informacje o ławicach ryb). Ciekawym pomysłem kapitana było namówienie załogi, by pisała listy do bliskich – niezależnie od tego, że trafiają jedynie do skrzynki pocztowej na m/t Kalmar. U końca filmu – spektakularne zdjęcia sztormu.
Czasem w filmach, które mają być użytkowe i/lub prezentować pozytywny wizerunek jakiej państwowej działalności zdarzą się rysy i pęknięcie. Takie odnaleźć można w filmie J. Riessera pt. Środowisko pracy. Stocznia (1975 r.), który nominalnie jest filmem instruktażowym z dziedziny BHP dla angażowanych do pracy stoczniowców Stoczni im. Komuny Paryskiej. Prezentacja nowiuśkich ubrań roboczych, wyciszających słuchawek i innych środków ochrony musiała być konfrontowana przez ówczesnych pracowników z realnym stanem wyposażenia. Z kolei cała rozbudowana partia poświęcona jest dokonywanym pomiarom związanych ze szkodliwością pracy (np. przy spawaniu). Wszystko po to, by lektor stwierdził, że tego środowiska nie da się w zasadzie poprawić, w związku z tym stoczniowcy dostają „mleko, dożywianie regeneracyjne i dodatek pieniężny za prace warunkach szkodliwych”. Jeśli film był pokazywany nowo przyjmowanym do pracy, to wyglądał jak tworzenie alibi i usprawiedliwienia jednocześnie. Tym bardziej że na końcu pojawiają się sceny odznaczania stoczniowców za racjonalizatorskie pomysły – co raczej niewiele miało wspólnego ze szkoleniem BHP. Pracownicy mieli się nie obawiać, władza o nich zadba...
-
Kadr z filmu Ametyst are the girl’s best friend.
-
Kadr z filmu Ametyst are the girl’s best friend (Teresa Tuszyńska).
-
Kadr z filmu Taki układ.
-
Kadr z filmu To nie jest zwykła lądowa miłość.
Gdynia morska - w stronę sztuki
Wszystkie opisane powyżej filmy generalnie utrzymane były w podobnej formule wykładu ilustrowanego (często podbitego entuzjazmem) i mniej lub bardziej atrakcyjnymi zdjęciami filmowymi; będących połączeniem dokumentu oświatowego z filmem promocyjnym (a czasem nawet propagandowym). Oglądanie tak dużej ilości podobnych filmów nuży widza, a opis – pewnie też czytelnika. Dlatego tym mocniej trzeba podkreślić te obrazy, które od tego formalnego podobieństwa mniej lub bardziej się uwalniają.
Na początek mała ciekawostka, która nie był szeroko rozpowszechniana – to anglojęzyczny, kolorowy film promocyjny pt. Ametyst are the Girl's Best Friend (widać tu nawiązanie do znanej piosenki Marylin Monroe) zrealizowany na zlecenie Centromoru (Centrali Morskiej Importowo-Eksportowej), który reklamował jachty typu Ametyst. Wyjątkowa jest forma promocji – to krótki film fabularny, w którym panna młoda (grana przez znaną wówczas aktorkę i modelkę Teresę Tuszyńską, słynną Margueritte z Do widzenia, do jutra) ucieka z własnego ślubu i z innym mężczyzną odpływa spod Żurawia w Gdańsku jachtem typu ametyst; po chwili na pokładzie pojawiają się dzieci (lektor w żartobliwym komentarzu stwierdza, że nie wie skąd) – a rejs kończy się w gdyńskiej marinie.
Wracając do głównego nurtu – najbliżej opisanej powyżej powtarzalnej formule jest film Marka Piestraka Zwykły niedzielny dyżur (1978 r., zrealizowany dla Telewizji Gdańskiej). To obserwacja pracy dyspozytora w porcie gdyńskim. Ale tym, co wyróżnia ten obraz od innych jest właśnie jego obserwacyjny charakter, tak ważny dla polskiego kia dokumentalnego „z ambicjami” (w okresie tzw. Nowej Zmiany w polskim dokumencie), unikającego formuły oświatowej. Mocne zaangażowanie dyspozytora w pracę (konieczne, bowiem to praca bardzo odpowiedzialna) sprawiło, że przez większość czasu nie zwraca on uwagi na kamerę, co zapewnia autentyzm emocjonalnych reakcji.
Z kolei To nie jest zwykła lądowa miłość (1982 r., reż. Jadwiga Żukowska) – składający się z 3 części (Myśl o mnie...; Czekamy z utęsknieniem...; Być razem...) trwających razem 102 minuty (!) - to dokument obserwacyjny prezentujący marynarzy odbywających prawie półroczny rejs trawlerem Crater i tęskniących członków rodzin marynarskich. Długi czas trwania filmu pozwala na drobiazgowe, niezwykle wiarygodne sportretowanie zachowań i stanów psychicznych zarówno tych, którzy wypłynęli w morze, jak i tych, co zostali w porcie. O specyfice międzyludzkich relacji informuje już tytuł. Marynarze wylatują do pracy samolotem, wracają – stęsknieni, ale też pełni obaw – statkiem do portu w Gdyni. W międzyczasie słuchamy zwierzeń (np. dziewczynki, która nie wyobraża sobie męża marynarza, opuszczającego dom na dłuższy czas; czy marynarza, który będąc na statku w myślach jest jednocześnie z rodziną, wykonując z nią codzienne czynności). Ten niezwykły, psychologicznie pogłębiony, a jednocześnie nie pozbawiony tytułowego liryzmu dokument został słusznie nagrodzony Nagrodą Ministra Kultury i Sztuki, Złotym Żaglem na Przeglądzie Filmów Morskich Gdańsk 1983 r. oraz Złotą Fregatą na Przegląd Filmów Morskich Szczecin 1985 r.
Wartym szczególnej uwagi ze względu na artystyczną jakość filmem jest obraz Piotra Andrejewa Taki układ (1975 r.). Gdyby kierować się internetowym opisem (iż jest to „panorama robót konstrukcyjno-spawalniczych i montażowych na terenie Stoczni w Gdyni” – www.filmpolski.pl) można by sądzić, że to kolejny dokument oświatowy. Nic bardziej mylnego. To film, któremu dużo bliżej do tzw. dokumentu kreacyjnego, popularnego w polskim kinie w latach 70. XX w. Składa się z 2 elementów: impresji obrazowo-muzycznej, w której kamera obserwuje proces spawania, ale wszystko filmuje deformującym szerokim kątem, pod progresywną, industrialną muzykę skomponowaną przez Józefa Skrzeka, a wykonywaną przez legendarny zespół SBB. Muzyka swoim brzmieniem idealnie pasuje do charakteru pracy spawaczy. I gdy widzowi wydaje się, że całość filmu to długi teledysk do progresywnej muzyki, pojawia się partia (później jeszcze raz powtórzona), w której widz ogląda rozmawiających ze sobą robotników (w zbliżeniu). Nie tyle zresztą rozmawiają, co toczą spór na temat pracy, którą wykonują, zastanawiają się, dlaczego pewne niedoróbki się powtarzają, tak że kolejne wydziały przejmujące półproduktu i prefabrykaty muszą naprawiać to, co zepsuli poprzednicy. Niestety, „taki układ”. W tym sensie film wpisywał się także w funkcje dokumentalizmu Nowej Zmiany, tropiącego patologie środkowego PRL-u. Ale z kolei poetycka forma filmu upoważnia do widzenia w aktywności stoczniowców uniwersalnej walki z przeciwnościami, które los stawia przed człowiekiem – aż do zwycięstwa (czego wyrazem jest w ostatnich kadrach filmu płynący statek, pokazywany dynamicznie z helikoptera). Gdyby nie napis na początku filmu, że zrealizowano go w gdyńskiej stoczni, trudno byłoby się tego domyśleć. Eksperyment P. Andrejewa spotkał się z akceptacją jury Festiwalu Filmów Morskich w Szczecinie w 1976 r. i otrzymał Złotą Fregatę.
Na progu PRL i III RP powstał film biograficzny o Eugeniuszu Kwiatkowskim pt. Całe życie (1990 r., reż. Krystyna Mokrosińska), w którym tradycyjny dla takiej biografii schemat łączenia lektora informującego o życiu z materiałem ikonograficznym, zostaje przełamany przez uliczną sondę (z której wynika, że Polacy nie znają nazwiska E. Kwiatkowskiego) oraz fragmentów wypowiedzi budowniczego Gdyni, prezentujących jego życiowe, zawodowe i obywatelskie credo (postulat państwa bogatego, nowoczesnego, silnego i zjednoczonego, a Gdynia jako podstawa i kwintesencja tego myślenia).
-
Kadr z filmu Gdynia. Grudzień 70’
-
Kadr z filmu Grudzień 70 - materiały.
Gdynia niepokorna
Osobną grupę filmów z okresu PRL stanowią te poświęcone tragicznym wydarzeniom grudnia 1970 r. Pierwsza (i jedyna) relacja filmowa, która została upubliczniona, to temat Polskiej Kroniki Filmowej 1970/nr 50b, którego lektor tak opisywał zajścia w Trójmieście:
„Poruszenie wśród klasy robotniczej na Wybrzeżu wykorzystane zostało przez męty, które czekają na okazję. Doszło do rabunków, aktów wandalizmu, mordów. Zginęli ludzie. Przeniesienie dyskusji na ulicę stworzyło napięcia i trudności. Wojsko strzeże gmachów publicznych, poczty, węzłów kolejowych i portu. Do Gdyni przybył statek flagowy naszej floty» Stefan Batory «, przywiózł dwustu pasażerów. Zarząd Portu Gdyni i służba portowa [na zdjęciu uzbrojony żołnierz pełniący wartę]. Patrole milicji i robtników oraz patrole wojskowe na ulicach Trójmiasta [zdjęcia patroli]. Trudno dobierać słowa by wyrazić ból i żal z powodu tragicznych wydarzeń. Pierwszy sekretarz Komitetu Centralnego Edward Gierek powiedział, że naród otrzyma pełną i prawdziwą odpowiedź na stawiane pytania. Choinki zwiastują zbliżanie się świąt – trudniejszych niż się spodziewaliśmy. Życie nasze, dzień dzisiejszy i jutro zależą od pracy. Nikt nam niczego za darmo nie da”.
Ale naród tej odpowiedzi nie otrzymał. Trzeba było na nią czekać 10 lat, do okresu Solidarności. Najpierw archiwalne zdjęcia z Grudnia znalazły się monograficznym numerze PKF 39a/40b (PKF Strajk), potem zaczęły pojawiać się w dokumentach, w końcu w lipcu 1981 r. na ekrany wszedł Człowiek z żelaza (1981) Andrzeja Wajdy, w którym także znalazły się zdjęcia z 1970 r.
Najważniejszymi filmami dokumentalnymi, które powstały w tym czasie a odnosiły się do Grudnia były Gdynia. Grudzień 1970 (1980 r., reż. Adam Kinaszewski) oraz Memento grudniowe 1970 (1981 r., reż. Ireneusz Engler), oba zrealizowane w Telewizji Polskiej (pierwszy w oddziale gdańskim).
W jednym i drugim realizatorzy wysłuchują świadków zajść (przy czym w pierwszym jedynie w Gdyni, w drugim – w Gdańsku i w Gdyni). W obu wykorzystano fotografie zajść. W pierwszym wypowiadają się rodziny ofiar – Stanisława Sieradzana i Ludwika Piernackiego. Autorzy drugiego nie identyfikują rozmówców (choć z opowiedzianych historii można zidentyfikować Adama Gotnera i Henrykę Halman, matkę wyjątkowo brutalnie pobitego przez ZOMO Wiesława Kasprzyckiego). Zwłaszcza wypowiedzi z tego drugiego filmu robią mocne wrażenie: jedna opowiada o bestialskim zabiciu przez milicjanta w Gdańsku ucznia przypatrującego się zamieszkom (ale i gwałtownym linczu na nim dokonanym przez rozwścieczony tłum), druga – to opowieści Halman, która nie mogąc powstrzymać szlochu opowiada o ratowaniu przez lekarzy jej syna. Rozmowy w obu filmach (zwłaszcza drugim) wskazują, jak silne są ukrywane traumy, skoro świadkom trudno powstrzymać płacz.
W roku 1981 miał powstać także na zlecenie Solidarności pełnometrażowy film poświęcony Grudniowi, ale jego realizację przerwał stan wojenny. Dopiero w 1990 r. zmontowano z niego film pt. Grudzień 70 – materiały (reż. Adam Sobolewski). Znaczna część z nich dotyczyła Gdyni. I z wszystkich opartych na materiałach archiwalnych filmów o Grudniu 70 ten wydaje się najbardziej przejmującym – choć prezentowane są nieznane zdjęcia fotograficzne z tragicznych wydarzeń, to nie one są pierwszoplanowym elementem obrazu. Najważniejsze są ponownie wypowiedzi ofiar i uczestników wydarzeń. Zwłaszcza tych pierwszych. Od dramatycznych wydarzeń minęła ledwie dekada, więc emocje rozmówców są bardzo silne (głos grzęźnie im w gardle, łzy stają w oczach). Filmowanie ich twarzy w dużym zbliżeniu, na czarnym tle sprawia, że nic nie odwraca uwagi od ich traumatycznych przeżyć, twarze są czystym „ekranem” emocji. W wypowiedziach szczególnie mocno wybrzmiewa jeden, rzadko podnoszony w filmach wątek – skąd wzięli się bezpośredni oprawcy, milicjanci, zomowcy, dlaczego w tak wściekły i bezwzględny sposób znęcali się nad ofiarami, dlaczego bili jak zahipnotyzowani, „gdzie ci ludzie są tego uczeni”? To pytania bardzo rzadko zadawane w polskim kinie.
-
Kadr z filmu Czarny czwartek Gdyni 70. Dlaczego?
-
Kadr z filmu Gdynia
-
Kadr z filmu Grudzień 70’ Interesy władzy
-
Kadr z filmu Kapitan (na zdjęciu kpt. Krzysztof Baranowski).
-
Kadr z filmu Gdynia. Moje miasto.
-
Kadr z filmu Gdynia. Moje miasto
-
Kadr z filmu Niepowstrzymani.
-
Kadr z filmu Optimista.
-
Kadr z filmu Pułkownik Dąbek. Obrona Gdyni 1939 (na zdjęciu Bogdan Smagacki grający Stanisława Dąbka).
-
Kadr z filmu Tajemnica Joachima (na zdjęciu Joachim Joachimczyk z żoną).
Gdynia III RP – niezłomna, niepokorna i nowoczesna
Temat Grudnia wraca po 1989 r., ale z pewnym opóźnieniem. Dopiero w XXI wieku zaczęto przyglądać się bliżej tej problematyce, powstało kilka filmów. Choć jeden zrealizowany został jeszcze w 1990 roku. Chodzi o Grudniowe taśmy Wojciecha Jankowskiego. Autor jako operator telewizyjny, robił zdjęcia zamieszek w Gdańsku i Gdyni, ale materiał został skonfiskowany przez Służbę Bezpieczeństwa. Udało mu się dotrzeć do zdjęć filmowych dopiero po 20 latach. W międzyczasie SB oglądała materiał pod kątem rozpoznania manifestantów – autor, a jednocześnie narrator tego filmu ubolewa nad tym faktem. Zdjęcia W. Jankowskiego nie są drastyczne, filmują tłumy, żołnierzy, zniszczone ulice – ale nie zarejestrowano na nich tragicznych wydarzeń. Natomiast na wyobraźnię działa nagrany dźwięk ostrzału na stacji Gdynia Stocznia.
Dwie dekady po upadku komunizmu, blisko 40 rocznicy wydarzeń grudniowych, zrealizowano kilka filmów na ten temat. Grudzień 70. Pamięć poległych, pamięć żywych (2009 r., reż. Ewa Górska) wspomina postać nastolatka Stanisława Sieradzana, 18-letniego ucznia Technikum Chłodniczego w Gdyni. Współcześnie narratorami filmu są uczniowie szkoły, do której chodziła ofiara. To ryzykowny zabieg, partie wypowiadane przez młodzież są zbyt deklamatywne. Porusza natomiast wspomnienie lekarza, który próbował go uratować – choć minęło 40 lat, nie potrafi ukryć wzruszenia. Widz dowiaduje się także, że akcję ratowania ofiar koordynowali lekarze z doświadczeniem jeszcze wojennym (w tym z Powstania Warszawskiego).
Także lekarzy – medyków ówczesnej Akademii Medycznej - ratujących życie w Gdańsku i w Gdyni dotyczy film Grudniowe rany (2020 r., reż. Maciej Niemiro). Wciąż żyją w nich doświadczenia sprzed 4 dekad, wciąż tkwią w nich „grudniowe rany”. W ich wypowiedziach podkreślona została emocjonalnie trudna, ale profesjonalna praktyka pomocy wszystkich – ofiarom i katom, wbrew nastrojom protestującym.
Film Grudzień 70. Interesy władzy (2010 r., reż. Sławomir Koehler, Mieczysław Bartłomiej Vogt) dotyczy z kolei przetasowaniom na szczytach władz partyjnych w związku z wydarzeniami grudniowymi. Stawiana jest teza, że protest robotniczy został specjalnie sprowokowany, by doszło do politycznego przesilenia (to mogłoby tłumaczyć, dlaczego Stanisław Kociołek nawoływał do pójścia do pracy, a na stoczniowców czekało wojsko i milicja – które użyły broni). Opinie te – i to jest specyfika filmu – wypowiadają dawni partyjni decydenci, m.in. Wojciech Jaruzelski, Czesław Kiszczak, Józef Tejchma, Stanisław Kociołek, Stanisław Kania i in.; swoją opinię wyraża także syn Władysława Gomułki. Oprócz tego wydarzenie te komentują historycy. Wywiad z odpowiedzialnymi za zbrodnię na wybrzeżu jest z etycznego punktu widzenia ryzykownym zabiegiem. Każdy z nich stara się wypaść jak najkorzystniej, a ich ówczesne intencje trudno zweryfikować. Natomiast efektem ubocznym tego rozwiązania jest – chcąc nie chcąc – ocieplanie ich wizerunków. Gdy W. Jaruzelski mówi: „chciałbym, aby niezawisły sąd to wnikliwie rozpatrzył i ocenił”, to – w kontekście niemocy polskich sądów – brzmi to niemal ironicznie. Autorzy zdecydowali się na formę dziennikarskiej obiektywizacji, czyli wysłuchania decydentów i konfrontowania ich wypowiedzi z opiniami historyków i socjologów. Niestety, ci ostatni (Antoni Dudek, Jerzy Eisler, Andrzej Friszke, Jadwiga Staniszkis) nie wyjaśniają w sposób zrozumiały zawiłości i sprzeczności słów sprawców zbrodni. Wydaje się, że w tym akurat temacie rozmówcami powinni być jedynie zawodowi historycy (bazujący wszak na źródłach), ewentualnie też świadkowie wydarzeń – widz miałby większą jasność co do kulis zdarzeń, a jednocześnie nie czułby dyskomfortu obcowania z odpowiedzialnymi za zbrodnię, którzy próbują racjonalizować swoje ówczesne działania, a tym sposobem się wybielać.
Dodajmy, że po latach o kulisach rozmów na najwyższych szczeblach opowiada także film Tomasza Wolskiego 1970 (2021 r.). Dawni działacze to w tym filmie – co zaskakujące - animowane kukiełki, pokazywane w mrocznej, zimnej kolorystycznie aurze. W obrazie Wolskiego wykorzystano także znane już materiały archiwalne z wydarzeń w Gdyni.
Gdyński Grudzień stał się tematem filmu Czarny czwartek Gdynia '70. Dlaczego? (2010 r., reż. Irena Siedlar). To film nietypowy, bo łączy formułę filmu making of (o realizacji filmu fabularnego Czarny czwartek. Janek Wiśniewski padł – tu inscenizacji scen ulicznych manifestacji) z dokumentem historycznym (wypowiedzi Jerzego Eislera oraz Michała Pruskiego, scenarzysty filmu występującego także w roli historyka; wypowiadają się również świadkowie historii). Z ust J. Eislera wybrzmiewa to, o czym się rzadko pamięta: że Gdynia zapłaciła najwyższą ofiarę nie tylko przez fakt, że było tu najwięcej ofiar śmiertelnych, ale z tego też powodu, że w mieście tym nie doszło do żadnej rebelii zakończonej zniszczeniami (jak miało to miejsce w Gdańsku i Szczecinie). Można więc powiedzieć, że masakra gdyńska była niesprawiedliwa, że Gdynie ukarano „za niewinność”. Mocno też wybrzmiewa z ust Wiesława Kasprzyckiego (ofiary wydarzeń) opinia o braku realnej pomocy dla dawnych ofiar, o powierzchownej akcyjności z okazji kolejnych jubileuszy, zamiast rzeczywistego wsparcia. Podobnie gorzko brzmią słowa Ballady o Janku Wiśniewskim w finale filmu, a zwłaszcza ta fraza: „Krwawy Kociołek, to kat Trójmiasta, przez niego giną dzieci, niewiasty. Poczekaj draniu, my cię dostaniem, Janek Wiśniewski padł”. Jak wiadomo S. Kociołkowi włos z głowy nie spadł.
Grudzień 1970 r. był najczęstszym tematem współczesnych filmów dokumentalnych poświęconych Gdyni. Drugim historycznym tematem podejmowanym przez filmowców był okres wojenny. Najpierw w dokumencie fabularyzowanym opowiedziano historię pułkownika Stanisława Dąbka i obrony Gdyni (Pułkownik Dąbek. Gdynia 1939, 2009 r., reż. Bartosz Paduch). To solidnie zrealizowany dokument z licznymi inscenizacjami fabularnymi, oddający hołd dowódcy, który świadomie wycofał się na obrzeża Gdyni, by jej ledwie co zbudowana infrastruktura mogła służyć dla przyszłych pokoleń. Życie swoje zakończył z honorem – samobójczym strzałem w głowę.
Film Gdynia była pierwsza (2011 r., Tadeusz Litoczenko, Aleksander Gosk) jest niejako chronologiczną kontynuacją poprzedniego obrazu. Skupia się bowiem przede wszystkim na terrorze okupanta, który we wrześniu 1939 r. wkroczył do Gdyni i zamienił ją na Gotenhafen. Rozmówcami są osoby pamiętające represje (m.in. urodzona w Gdyni dyrygent i polityk Joanna Wnuk-Nazarowa czy Romuald Cwilewicz, były rektor Akademii Morskiej) – wysiedlenia, zmuszanie do podpisania volkslisty, w końcu także eksterminację w Piaśnicy i w Stutthofie. Tytułowa „pierwszość” oznacza najszybsze na ziemiach polskich wysiedlenia ludności cywilnej.
Częściowo przynajmniej wojny – a właściwie jej skutków – dotyczą dwie biografie dokumentalne autorstwa Andrzeja Ciecierskiego. W filmie Fotografowie (2019 r.) opowiedział on losy Bolesławy i Edmunda Zdanowskich, fotografików wywodzących się z Wilna i ze szkoły nestora polskiej fotografii Jana Bułhaka. Po wojnie zamieszkali w Gdyni, stworzyli m.in. Liceum Fotograficzne. Autor wskazuje zarówno na wpływ fotografii wileńskich na estetykę zdjęć realizowanych przez Zdanowskich w Gdyni, ale także na ich oryginalną fotografię robotniczą czy później bardziej reportażową, ale zawsze z pełną świadomością zasad kompozycji i estetycznych walorów. Z jednej strony film eufemizuje zaangażowanie Zdanowskich (zwłaszcza jego) w nowy porządek ustrojowy (choćby w okresie stalinizmu), bardziej eksponując patriotyzm niż lewicowość, z drugiej przywołuje kłopotliwy dla Zdanowskiego fakt – udostępniania przez blisko dekadę jednego z pokoi w mieszkaniu na lokal kontaktowy wykorzystywany przez Służbę Bezpieczeństwa.
Drugi dokument (Tajemnice Joachima, 2020 r.) poświęcony jest podporucznikowi Joachimowi Joachimczykowi, byłemu żołnierzowi Armii Krajowej, ostatniemu komendantowi Tajnego Hufca Harcerzy w Gdyni, z którym przeprowadził J. Joachimczyk akcję sfotografowania okrętów niemieckich stojących w gdyński porcie, które pozwoliły Brytyjczykom przeprowadzić nalot i zatopić wiele okrętów, w tym osławionego Scheswiga-Holsteina; akcja ta pozwoliła także precyzyjniej atakować cele w Gdyni, co w dużym stopniu uchroniło mieszkańców i miasto (ale nie port) od unicestwienia (o tej akcji opowiada także zrealizowany przez gdański oddziała TVP w 1970 roku reportaż Jerzego Ringera pt. Kryptonim B-2, w którym wypowiada się także Joachimczyk). Tytułowa „tajemnica” z filmu Ciecierskiego dotyczy autorstwa licznych zdjęć z powstania warszawskiego – do 1979 r. nie wiedziano, że zrobił je J. Joachimczyk. Jest on prezentowany w filmie jako człowiek wielkiej ilości talentów, niezwykle pracowity, ostrożny w ujawnianiu tajemnic okupacyjnych (w tym zdjęć z Powstania Warszawskiego), bardzo dobry mąż i ojciec. A potencjalne wady (np. hazard), prezentowane są jako romantyczny element bogatej osobowości.
Trzeba wspomnieć jeszcze o 3 portretach ludzi zasłużonych dla Gdyni. Najważniejszą z tych osób była bez wątpienia Franciszka Cegielska. W dokumencie Franka (2007 r.) Henryki Dobosz tę legendarną już postać wspominają jej najbliżsi, przyjaciele, współpracownicy. Jest to pełnoprawna biografia nie ograniczona tylko do działalności publicznej, ale prezentująca „Frankę” także jako dziecko, nastolatkę i dojrzałą kobietę - żonę, siostrę, matkę...
Dokument Aram (2014 r., reż. Krzysztof Talczewski) opowiada o Arkadiuszu Rybickim, byłym opozycjoniście i polityku, który zginął w katastrofie smoleńskiej. Był też tym, który w sierpniu 1980 r. namalował na drewnianej sklejce – razem z Maciejem Grzywaczewskim – słynne 21 postulatów. Gdyńskich partii jest w filmie niewiele (ale film dofinansował także Urząd Miasta Gdynia), bowiem urodzony w tym mieście A. Rybicki w wieku 6 lat przeprowadził się z rodzicami do Gdańska. Te dwie minuty filmu mówią o wielodzietnej, trzymającej się razem rodzinie, która mieszkała blisko Prokuratury Wojskowej, gdzie ludzie „często znikali” ...
Z Gdynią związany była także autor filmu Kapitan (2019, reż. Krystian Pluta r.) – kpt. Krzysztof Baranowski, legendarny żeglarz, ale także autor projektu Szkoły pod żaglami przeznaczonej dla dzieci i młodzieży. W filmie oglądamy, jak próbuje ponownie zainteresować budową statku szkolnego (wcześniej był inicjatorem powstania Pogorii i Fryderyka Chopina), jak chodzi od drzwi do drzwi, dzwoni do kolejnych użytkowników. Decyduje się też postawić na Bulwarze Nadmorskim w Gdyni stoisko ze swoimi książkami – ale bez większego powodzenia. W jednym z ujęć leży na ławce Bulwarze Nadmorskim, a w tle widać majestatyczne SeaTowers.
Do historii odnosi się także autor filmu Gdynia Andrzej Mańkowski (filmowiec mocno z tym miastem związany), zrealizowanego na 80-lecie nadania Gdyni praw miejskich. Autor opowiada historię chronologicznie, ale przełamuje konwencję dokumentu oświatowego i tworzy esej dokumentalny, w którym łączy fakty z życia miasta - których w filmie okolicznościowym nie można zabraknąć - z faktami i zdarzeniami lżejszymi, często związanym z mieszkańcami Gdyni. Dla przykładu, gdy przywołana jest postać inż. Tadeusza Wendy, fryzjer z historycznego zakładu Rococo komentuje jego wąsy. Z kolei Zofia Puzdrowska urodziła się dokładnie 10 lutego 1926 r. (dzień nadania Gdyni praw miejskich) – widzimy ją na rodzinnej uroczystości; Zygfryd „Zyga” Perlicki, utytułowany żeglarz, choć miał propozycję pływania w Niemczech za wielkie (jak na realia PRL-u) pieniądze, postanowił zostać wierny miastu; jest też opowieść o UFO, które spadło w Gdyni, ale też wspomnienia Adama Gotnera z grudnia 1970 r. Jak to się często dzieje w eseju dokumentalnym, autor miksuje archiwalia i wypowiedzi, z materiałem ilustracyjnym (np. gdy jest mowa o wstrzymaniu budowy portu, pojawia się czerwone światło z sygnalizacji miejskiej, by po chwili zmienić się w zielone; narodziny Gdyni kojarzy autor z bobasem, itp.). Powstał film, który przełamał sztampę filmów okolicznościowych.
Wspomniany Mańkowski zrealizował kolejny, krótki film okolicznościowy pt. Wzruszenia. O Szkole Muzycznej w Gdyni (2019 r.). Treść filmu zawarta już jest w jego tytule. Pomysł jednego ze wspominających, aby nauczyciele muzyki stali się najlepiej opłacaną grupą zawodową, podkreśla wielki wysiłek grona pedagogów, którzy starali się przez lata uczynić ze Szkoły Muzycznej w Gdyni instytucję przodującą. Doczekała się ona w końcu po latach profesjonalnej sali koncertowej.
Wyjątkowym dokumentem, także odnoszącym się do przeszłości miasta, jest film Gdynia moje miasto, wyprodukowany w 2020 r. roku przez Pomorską Fundację Filmową, a zrealizowany przez Jerzego Radosa. Wyjątkowość tego filmu polega na wykorzystanym materiale – to amatorskie taśmy gdynian, zbierane przez autora przez 2 lata. Z 14 godzin filmów amatorskich zmontowano 40 minutowy film montażowy (found footage), który prezentuje Gdynię nieoficjalną, rodzinną, swojską, codzienną – czyli dla wielu najważniejszą. J. Rados przyjął perspektywę charakterystyczną dla mikrohistorii (opowieści o zwykłych ludziach) i tzw. historii społecznej: ważne wydarzenia polityczne, gospodarka, zjawiska kolektywne - czyli wszystko to, co dominuje w opisywanych wcześniej filmach - tu zostało zaprezentowane przez pryzmat jednostki i jej codzienności. Warto na tę okoliczność przypomnieć słowa znanego socjologa Jerzego Szackiego, który pisał:
„...nasze społeczeństwo składa się w niemałej części z ludzi, przez których biografie nie biegną żadne głębokie cięcia. Ani powstanie PRL nie było dla nich końcem świata, ani jej upadek nie jest jego początkiem. Mogły to być dla nich dramatyczne i obfitujące w konsekwencje przeżycia, ale nie takie przecież, które zrywałyby główne wątki biografii, toczącej się nade wszystko na poziomie życia codziennego, które w pewnym sensie jest zawsze tak samo »normalne«: ludzie rodzą się, bawią, uczą i pracują z większym lub mniejszym powodzeniem, pobierają się, mają dzieci, robią mnóstwo rzeczy, nie uczestnicząc w żadnych wielkich wydarzeniach i myśląc o polityce niezbyt intensywnie nawet wtedy, gdy się ich usilnie do tego namawia”.
Co nie znaczy, że ci, których prezentuje film w rodzinnych sytuacjach, nie angażowali się społecznie czy politycznie. Ale nie o tym jest film - prezentuje Gdynię, która jest areną tego, co w ludzkim życiu uniwersalne, niejako poza czasem. Dobrze to uzupełnia konstrukcja oparta o 4 pory roku (czasu cyklicznego, a nie linearnego) uzupełniona znanym utworem Antonio Vivaldiego. Dodajmy do tego wstrzemięźliwy, opisowy, acz czasem delikatnie ironiczny komentarz – wszystko to tworzy bardzo interesującą pod względem treści, ale też stylu całość. Film doceniony został przez prezydenta Gdyni, który w 2019 r. przyznał J. Radosowi Galiona Gdyńskiego.
Najciekawszym dokumentem o współczesnej Gdyni wydaje się film Kryspina Pluty Optimista z 2012 r. To ponad 40-minutowa opowieść o 8-letnim chłopcu ćwiczącym w szkółce żeglarskiej. Towarzyszymy mu w stopniowym pokonywaniu strachu przed żeglowaniem, którego ostatecznie młody chłopiec w efekcie nie przełamał; ale o tym wiemy już spoza filmu. Gdy go oglądamy, widzimy na jego twarzy podczas treningów najpierw strach, poczucie osamotnienia, zwątpienia, ale w finale satysfakcję („o jak dobrze”, mówi chłopiec płynąc jachtem Optimist). Pluta wybrał dobrego chłopca – o subtelnej, niemal kobiecej urodzie, co mocniej kontrastuje z postawą, którą trening ma ukształtować: hartu ducha i odwagi. Kluczowym rozwiązaniem technicznym, które zapewniło filmowi autentyczność (przez obraz autentycznych emocji), było wykorzystanie na jachcie kamery GoPro, która filmowała reakcje chłopca podczas samotnych treningów (oczywiście wspieranych przez trenera, jednocześnie wymagającego i empatycznego – ale bez rozrzewnienia). Całkowicie skoncentrowany na zadaniu chłopiec nie dostrzega kamery (jej obecność sprawia problem każdemu dokumentaliście, który stosuje formułę dokumentu obserwacyjnego – trzeba zrobić wszystko, by bohaterowie „nie grali”). Film Optimista słusznie zdobył Grand Prix Festiwalu Telewizyjnych Filmów Sportowych Maraton.
Dodajmy że o tej współczesnej i nowoczesnej Gdyni opowiada długometrażowy dokument Niepowstrzymani (2015 r.) Bartosza Kowalskiego. Ta nowoczesność wyraża się poprzez tematykę filmu – oto oglądamy zmagania zespołu Seahawks Gdynia, grającego w polskiej lidze… futbolu amerykańskiego, z polsko-zagranicznym składem i trenerem, który na przemian mówi do zawodników po polsku i angielsku. Plenerów jest w tym filmie bardzo mało, kamera koncentruje się bowiem na twarzach i opowieściach wspomnianego trenera i trzech zawodników.
Przez 100 lat kino dokumentalne prezentowało Gdynię często i różne jej twarze. Zadziwiające jednak jest, że nie ma wśród nich twarzy filmowej. A przecież „Gdynia kocha film, film kocha Gdynię”, jak głosi znane hasło: Gdyńskie Centrum Filmowe, Gdyńska Szkoła Filmowa (dla słuchaczy tej uczelni Gdynia jest częstym plenerem ich etiud), Gdynia – Miasto Filmowe UNESCO, w końcu – Festiwal Polskich Filmów Fabularnych. Wydawałoby się, że to wystarczy, by ktoś zdecydowała się stworzyć portret Gdyni filmowej (bo krótkie kroniki festiwalowe mają żywot ulotny i środowiskowy). Przyjdzie jeszcze na taki film poczekać.
autor: Krzysztof Kornacki (2025 r.)



































